Kryzys w branży z dachami

dachy

Tak długo jak jestem w tym biznesie, nie spotkałem się jeszcze z takim kryzysem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to był okres, w którym powinienem mieć tak dużo zamówień, że nie wiedziałbym za co najpierw się zabrać.

Dachy i duża konkurencja

dachyW tym jednak roku nikt nie potrzebował, bym kładł lub naprawiał dachy. Coś było nie tak. Zamówienia przychodziły w tempie tak leniwym, że nazwałbym je nawet ospałym. Przecież zwykle na wiosnę ludzie zaczynają odświeżać dachy, łatać dziury lub po prostu zastępować stare konstrukcje nowymi. Postanowiłem dowiedzieć się o co chodzi – najprostszym sposobem było przeszukanie Internetu. Zacząłem wpisywać różne frazy i łączyć je z miastami i miasteczkami z okolicy. Sprawdziłem Grójec, Otwock i Tymbark. Wniosek był prosty – na tę wiosnę otworzyła się cała masa zakładów dekarskich oferujących dachy w podejrzanie niskich cenach. Wynikało to zapewne z bardzo wysokiej konkurencji – jeszcze do niedawna mój zakład był jedynym w okolicy, w którym można była zamówić sobie dach. Dziś takich miejsc była cała masa. Podaż znacznie przewyższała popyt – dlatego ludzie przestali zamawiać u mnie dachy. Oczywiście pierwsze co zrobiłem to obniżenie cen. Zyski były znacznie niższe, ale przynajmniej pojawiły się jakieś zlecenia. Przestałem wybrzydzać na to, że by położyć te solidnie wykonane dachy z Nadarzyna czeka mnie długa droga moim samochodem dostawczym – w tym momencie liczyło się tylko to, bym miał jakieś dachy do zrobienia i minimalny choćby zysk, z którego mógłbym utrzymać zakład. Wiedziałem, że ta sytuacja nie będzie trwała wiecznie, dlatego wystarczyło po prostu to przeczekać.

Oczywiście nie było to nic fajnego – w drodze do Warki zastanawiałem się nad tym, czy nie zamknąć firmy na jakiś czas, nim moja konkurencja nie wykończy się nawzajem. Stwierdziłem, że tego nie zrobię.