Walizki Puccini i zepsuty sprzęt na lotnisku

Walizki Puccini

Bardzo lubię podróżowanie po całym świecie, to moje hobby i przeznaczam na nie tyle czasu i funduszy, ile tylko mogę. Niedawno musiałam zmienić walizkę, bo stara po wojażach przez trzy kontynenty się poddała i rozsypała. Nową jednak nie zdążyłam się nawet nacieszyć.

Walizki Puccini wpadły mi w oko

Walizki PucciniPostanowiłam, że zaufam doświadczeniu sprzedawcy w sklepie, kiedy szukałam nowej walizki. Przez tyle lat miałam tylko jedną, taki zwykły noname, więc nie wiedziałam, co warto wybrać. Oglądałam różne walizki, między innymi walizki Puccini, które całkiem mi się podobały, oraz walizki March, jednak sprzedawca doradził mi coś zupełnie innego. Ponieważ trwała promocja na torebki Puccini i walizki kabinowe (ceny były naprawdę niskie!), to skusiłam się na duże zakupy. Już w czasie pierwszej wyprawy nowa walizka dała o sobie znać. Na Okęciu kółka się zacinały i musiałam walizkę niemal nieść. To nie było przyjemne. Potem był spokój, aż do dnia, kiedy miałam wracać do Polski i na lotnisku w Chile zacięło się kółko i rączka, a potem nagle zepsuł się zamek. Rzeczy z torby po prostu się wysypały, nie byłam w stanie jej zapiąć. Pożałowałam, że kupiłam właśnie tę, a nie walizkę Puccini albo March, bo nagle zostałam sama, z zepsutym bagażem, który nie mógł przejść kontroli na lotnisku, w dodatku miałam problem, żeby porozumieć się w obcym języku i kończył mi się czas do odlotu.
W sklepie na lotnisku w ostatniej chwili udało mi się kupić nową walizkę. Większą niż poprzednia, więc po prostu przesypałam do niej swoje rzeczy i biegłam na odprawę. Ledwie zdążyłam i wiem już, że nigdy nic więcej z firmy od pechowej walizki nie kupię.